poniedziałek, 25 lipca 2011

Czechy 17-21.07.2011

Zawsze miałam tak, że jadąc na wyprawę rowerową, największy problem stanowiło dla mnie wyjechanie z Krakowa. O dziwo tym razem poszło gładko, pewnie dlatego, że prowadził Raw. Moją działką było przeprowadzić nas przez Bielsko-Białą...no właśnie, tej historii w całości nie opowiem, bo nie będę się pogrążać...Raw tylko ciągle powtarza, że nie ma pojęcia jakim cudem udaje mi się gdzieś dojechać samotnie z tym moim talentem do gubienia się. W każdym razie, po drodze do Bielska zahaczyliśmy o Wadowice, gdzie spotkaliśmy trzech włoskich sakwiarzy.
Żar lał się z nieba, więc tego dnia trochę nas przypiekło, na szczęście noc spędziliśmy w hawirze u Szarańczy. Ciężko było stamtąd wyciągnąć Rawa, który oznajmił że tak mu się tam podoba, że zostaje. Oczywiście wyjazd z Bielska mięliśmy równie malowniczy jak i wjazd...Już wiem dlaczego przez tyle lat mieszkania w Bielsku nawet mi do głowy nie wpadło żeby mieć rower! to chyba najbardziej strome miasto jakie znam!
Zgodnie z planem pruliśmy na Cieszyn trzymając się w bezpiecznej odległości od autostrady S1. Potem małe gubienie się w mieście i wreszcie Czechy! Plan zakładał nocleg gdzieś za Ostravą, co oznaczało kolejną setkę na liczniku. 
W Ostravie kolejny napotkany sakwiarz, tym razem samotnik, za którym pojechaliśmy i tylko dlatego znaleźliśmy trasę wyjazdową z tego miasta. Pech gubienia się nie zamierzał nas opuszczać. 
Miejsce na nocleg ledwo się znalazło, byłoby idealne, gdyby nie cholerne małe muszko-komary, dzięki którym następnego dnia wyglądałam jak po ospie :/ Zza krzaczorów łypała na nas sarenka, wolałam się nie zastanawiać jakie zwierzątka jeszcze. Grunt, że w nocy nic nas nie napadło.
Po dwóch dniach mięliśmy 213 km na liczniku.
c.d.n.

czwartek, 21 lipca 2011

nie lubię powrotów

Taszczę rower i sakwy do pokoju, wokół cisza i pustka (i swąd, bo nikt nie wietrzył :P). Chcę tylko prysznic i jakiegoś słodycza...patrzę na biurko, a tam stoi sobie wielka reklamówka. Zaglądam do środka, a tam stado czekoladowych królików!!!!!!!!!!!!!!!! Przesyłka od Tomasza :))) 
Więc pogryzając sobie któreś już z kolei czekoladowe jajco, wyczyszczona od stóp do głów, zabieram się za sprawozdanie. 
Łącznie przejechaliśmy 375 km, z Krakowa, przez-> Bielsko-Białą-> Cieszyn->Ostrave-> Bruntal-> Zlate Hory, zakończyliśmy w Nysie z powodu ściany deszczu (mięliśmy dziś dojechać jeszcze do Opola 40km, ale wsiedliśmy w pociąg). Największa prędkość: 66 km/h ...była moc... :)

Ze strat, to jedynie przemoczony do granic możliwości namiot, nogi całe w siniakach (więc do końca lata nie mam zamiaru pokazywać ich na widok publiczny), a sandały zaraz uroczyście wywalę do kosza.

poniedziałek, 18 lipca 2011

niech zyje tesco i darmowy net.jestesmy przed ostrawa,ciagle sie gubimy:) ale to wszystko przez glupie mapy.wczoraj nas spalilo,tzn.rawa spalilo,wyglada teraz jak flaga polski:)

sobota, 16 lipca 2011

do Czech...razy sztuka?

To zdjęcie może oznaczać tylko jedno! :)
Jutro 6 rano wyruszam z Krakowa w towarzystwie Karola i Nikodema, po drodze zgarniamy Rawa i jego Majkę. W takim zestawie mamy zamiar dojechać do Czech, tam zobaczyć ze trzy zamki, zrobić nawijkę do Polski, a z Opola wrócić pociągiem z powrotem do dusznego Krakowa. Postaram się wrzucać informacje o tym że żyjemy, a gdyby się nie dało, to cóż, przecież wracamy za 5 dni :) Oczywiście jak zwykle przygotowania w powijakach...trudno się dziwić, skoro pomysł wyprawy powstał całe dwa dni temu...
Dziś na dobranoc obowiązkowo "czeski film" dosłownie i w przenośni, coby się osłuchać i nieco przyswoić.
Z mało pozytywnych rzeczy, to tak: rozbolało mnie kolano, bez przyczyny...odkryłam jednak cień nadziei. Otóż boli mniej jak wsiądę na rower, a przestaje jak więcej pojeżdżę...nie wiem jak to działa przy 100 km, się zobaczy.
no to tego...to ja wracam do ogarniania dobytku :)

wtorek, 12 lipca 2011

eko szaleństwo


Miałam nadzieję, że mnie oświeci na tym wyjeździe, no wiecie, jakaś wena twórcza i takie inne... no i właściwie nie pomyliłam się :) Pierwsze poszły "pod młotek" trawy i inne chaszcze, przy okazji dowiedziałam się, że umiem pleść palmy! wiem, że na palmy to trochę nie czas, ale skąd mogłam wiedzieć, że mi takie coś wyjdzie!!?? Potem dopadłam korę z drewna, które wcześniej obskubał Wiech. Okazało się, że można i z tego pleść, więc tak powstały bransoletki, które podrasowałam nieco już po powrocie z wakacji. Właśnie poleciały na półkę sklepową :)


1- http://www.magla.pl/product.php?id_product=324
2- http://www.magla.pl/product.php?id_product=323
3- http://www.magla.pl/product.php?id_product=325
4- http://www.magla.pl/product.php?id_product=322

sobota, 9 lipca 2011

a tymczasem nad Sanem...

Wiech pożyczył mi rower. Poniemiecki złom z rozwalonym siodełkiem yeeha!!! Mój mieszczuch to przy nim torpeda. Co tam, grunt, że jeździ! Co prawda wydaje przy tym zastraszające dźwięki, a żekome trzy biegi tylko teoretycznie działają, to i tak udało mi się na nim objechać kilka wsi. Prędkość-jakieś 10 km/h po płaskim, z górki to strach, że coś odpadnie. 
A oto i rozpad w całej swej okazałości (na tle ruin w Dąbrówce Starzeńskiej): 
I przy okazji historia jest!
Jak byliśmy mali, zawsze nas nurtowało dlaczego na znaku drogowym napisano "Dąbrówka St.", pewnego razu mój młodszy brat wymyślił teorię i zapytał rodziców: mamo, a to jest skrót od Dąbrówka Stany Zjednoczone??? :)
Nawijka w jakiejś dziwnej wsi, której nazwy nie pamiętam, w każdym razie był sklep i lody w Hello Kitty :)
San po ostatnich ulewach ledwo trzyma się brzegów, jest brudny, wielki i przerażający.
Przy okazji dojechałam do jakiejś niewielkiej stadniny.
A tu w oddali zamek w Nozdrzcu, aktualnie do kupienia, gdyby ktoś miał ochotę :P

wyprawa po miód


Ostatnio w mediach panuje nagonka na biedne pszczoły, których jest coraz mniej. Podobno gdy ostatnia pszczoła zginie, to ludzie przeżyją jedynie cztery kolejne lata. O tym jak to pszczoły Są pożyteczne wiedzą wszyscy. Dziś pojechaliśmy do pasieki zrobić zapasy miodu. 

Pani żona pszczelarza pozwoliła mi zrobić kilka zdjęć. Wynieśliśmy w sumie 19 litrów miodu spadziowego i wielokwiatowego, aż pani żona pszczelarza musiała sięgnąć do zapasów. Przy okazji mogliśmy oglądnąć trochę pszczelarskich gadżetów. 
 W tym samym czasie Wiech plądrował las. Przywlókł 200 grzybów, więc przypuszczam, że nic innego nie będziemy jeść przez najbliższe dni :)
Grzyby w miodzie…yyy…to nie brzmi za dobrze…

Obserwatorzy