Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 maja 2010

03.05.2010 Słowacja Martin-Previdza-Zilina

Poniedziałkowy poranek.
Kiblowaliśmy w namiocie do 11 aż przestało padać, więc jedni w tym czasie studiowali mapę po raz setny, a inni spali w najlepsze :)
Plan na dzień: dojechać do tych cholernych Cicman...jak się uda to będą to już ostatnie masakryczne podjazdy...
Po kilku kilometrach odkryłam z przerażeniem, że nie wyjadę ni hu hu ...pchanie mi ledwo szło...dlaczego mój rower nie ma jakiejś przerzutki -1, albo lepiej, jakiegoś turbo dopalacza !
Art oczywiście już ganiał za baranami, kiedy ja się dopiero kulałam swoim ślimaczym tempem, myśląc tylko "żeby teraz było w dół, żeby było w dół"...no ileż można na te góry wjeżdżać ! (to był już czas gibającego się na boki suportu i trzasków w przedniej piaście, pomijając już jajo na tyle...) Oczywiście dalej wcale nie było w dół! ale na szczęście okrutnej stromizny też nie było (musieliśmy konkretnie wjechać na tą górkę, której nie widać na zdjęciu z powodu mgły). Bez tragedii :) a potem już Cicmany (czyt:Cziczmany)! miejsce, które najbardziej mnie zastanawiało i którego nie chciałam pominąć, doskonale wiedząc, że tamtejszy zamek, to tylko kupka kamieni, której i tak nie odszukamy.  Więc co tam takiego było??? chaty! malowane chaty! :)
Wioseczka jest na prawdę maleńka, przejechaliśmy ją całą w 3 minuty. Otoczona górami, niewiele osób się tam zapuszcza. Jeżeli już, to właśnie po to żeby pozwiedzać, albo pozjeżdżać na nartach (a stok jest niezły, jak to stwierdziliśmy "na krechę to śmierć w oczach"). Wzorki którymi malowano chaty zawzięto z ludowych haftów (albo i odwrotnie), miały chronić przed nadmiernym słońcem i wiązały się z szeroko praktykowaną magią. Malunki są odnawiane po zimie, tubylcy na prawdę o nie dbają, przy okazji wymalowali także mostki :)  Dowiedzieliśmy się tam wreszcie o co chodzi z tymi poubieranymi choinkami zatkniętymi na palach. Mijaliśmy przez całą drogę takie cuda...hm...w Polsce to się nazywa wiecha i stawia się to np. przy budowaniu domu, (chyba jak się ma robić dach) i też komuś na imieniny. No ale przecież pół Słowacji nie powywieszało wiech bo w co drugim domu mieszka jakiś Staszek czy inny Maniek! No i się okazało, że to Święto Maja ! W nocy z 30.04 na 1.05 stawia się takie drzewko jako symbol życia, odnawiania się przyrody i ogólnie witalności. Magia. W Cicmanach sobie zrobili z tego ewidentnie okazjonalną balangę, bo przy głównym hotelu znaleźliśmy jeszcze plakat z programem imprezy oraz rzeczone drzewko:
Które obwieszone zostało dodatkowo tabliczkami z wyznaniami miłosnymi :)
Nawet jakaś po polsku była, no i przede wszystkim "milujem Cicmany" :) No to się dokształciliśmy i skręciliśmy na zasłużoną kawę (w hotelu nas olali, więc pojechaliśmy szukać obskurnej knajpy, która jak to w każdej szanującej się wsi być powinna w pobliżu kościoła :) No i chciałam przyszpanować :P i się zawzięłam że tym razem ładnie zamówię nam kawę z mlekiem (u nich to jest expresso- jako rozpuszczalna,  a fusiara to- zalewana... raz expresso się okazało na prawdę expresso...więc już przestaliśmy cokolwiek z tego rozumieć) a tu mi pani wielka znudzona barmanka, z wielkim fochem mówi, że jak sobie chcemy expresso to mamy sobie jechać do hotelu ! łosz... z głupią kawą tyle problemów...
W końcu ja namówiliśmy do zrobienia "zalewanej" (kolejny foch, bo mleczko się tylko jakieś jedno znalazło, po przeszukaniu asortymentu:) Posiedzieliśmy trochę w tymże uroczym towarzystwie susząc skarpetki na kominku i przegryzając kawę lentilkami :)
Z Cicman ruszyliśmy na Flackov (bardzo ale to baaaardzo lubimy tamtejszą trasę :) długa prosta z tendencją w dół!) więc zanim się obejrzeliśmy byliśmy już w Rajcach. Aż sami się zdziwiliśmy, że tak szybko i łatwo można się przemieszczać!  Na trasie zostawiłam mapę, więc trzeba było liczyć już tylko na swoją pamięć i znaki drogowe. Zachciało mi się Lietavskego hradu, do którego trzeba było skręcić w kompletnie nie oznaczoną drogę. Jakoś wykminiliśmy która to mogłaby być i z zasadą "jak za 5 km nic nie będzie to wracamy". Na szczęście napotkaliśmy znak, a nawet nie musiałby tam stać bo zamczysko było już doskonale widać z drogi :)
-wychodzisz? - no ba! :)
I to było to po co w ogóle przyjechałam na Słowację ! Do zamku prowadził szlak przez lasek, lekko stromy, jaka to fajna odmiana zleźć z roweru i użyć nóg do chodzenia ! :)
Zamek imponujący, aż mi się kolana ugięły ze strachu ja się wspięłam na skałę widokową...jeden zły ruch i leeecisz :) wejście na wyższe partie na własna odpowiedzialność, jak głosiła tabliczka. Co tym ludziom odwaliło żeby sobie budować siedzibę na takich górach i jak im się udało to w ogóle zbudować?! ...ci ze średniowiecza to mięli wyobraźnię...
 
Z Lietavy ruszyliśmy na Żylinę skąd następnego dnia mięliśmy pociąg do domu. Całe szczęście, że jednak postanowiliśmy jechać prosto na Streczno, bo od paru godzin goniła nas niezłomnie burza. Oczywiście rozbić się przy drodze szybkiego ruchu, to wcale nie taka prosta sprawa. Same pola uprawne na których ewidentnie coś rośnie, no a gdzie zamek? zamku poszuka się jutro. Więc tak jechaliśmy i jechaliśmy, aż wreszcie znaleźliśmy drogę na jakiś kopiec czy cóś, w każdym razie na czubku tego stał sobie pomnik. No elegancko, po za tym, że łażą ludzie...ale po polance nieopodal nie łażą :) tak czy siak, nie mięliśmy już czasu żeby się zastanawiać. To był rekord w rozstawianiu namiotu i skok do środka w ostatniej sekundzie przed oberwaniem chmury. Tłukło się tak, że przez chwilę się zastanawialiśmy czy aby nie spłyniemy w dół razem z wodą... no nie spłynęliśmy :)

Szukać hradu już też nie musieliśmy bo się okazało, że mamy na niego centralny widok z namiotu :)
 
Rano już szczerze mówiąc nie chciało mi się jechać żeby go zwiedzić, tym bardziej że są w nim bilety, więc zwyczajnie mogłoby mi się nie udać wstrzelić w godziny zwiedzania. Pojechaliśmy więc do Budatinskego zamoku w centrum (no znowu z tym centrum nie przesadzajmy, mój tata twierdził, że w Żylinie wcale żadnego zamku nie widział, to już się nie dziwię dlaczego nie widział). 

taakie pitu pitu... wolę ruiny :D
Resztę dnia przesiedzieliśmy jedząc i pijąc w oczekiwaniu na vlak, a wszystko to na uroczym Żylińskim ryneczku.

W pociągu przydał się wyuczony słowacki, bo oczywiście pomimo zakupionych biletów na rowery, nie mogliśmy ich wieść bo pociąg nie był przystosowany (dodajmy, że żaden z pociągów nie jest przystosowany). Wpakowaliśmy się do najostatniejszego wagonu, myśląc sobie, że przecież nikt nie będzie tamtędy wchodził ani wychodził...błąd...ludzie się uparli, że będą wsiadać i wysiadać właśnie tamtędy...grr...pani konduktorka się wkurzyła, kazała nam wnieść rowery do przedziału (kuszetki) tara rara...Artowy rower bo kilkuminutowych przepychankach udało się wtachać, ale mój...nie ma opcji. Pani konduktorka wreszcie to zrozumiała i pozwoliła mi go zostawić przy wyjściu. 
 
Potem następna konduktorka czepiała się o to samo, a w Zwardoniu jak już france wysiadły zapanowała cisza i spokój, jako że w Polsce nikt pociągami nie jeździ :) Potem Żywiec, potem Sucha i każdy w swoją stronę... 
testowy wyjazd wyszedł pomyślnie, teraz czas na ten właściwy :)

piątek, 7 maja 2010

02.05.2010 Słowacja Martin-Previdza-Zilina

Dzień trzeci
 Mosovce, pałacyk zgrabnie zmieniony na hotel-restaurację. Art się prawie obraził, więc w efekcie pałac nie został zakwalifikowany na naszą wyjazdową listę :) Następny miał być Bojnicki zamok.
 W planie było ostre przebijanie się przez góry, więc sobie wymyśliliśmy, że chociaż część przejedziemy pociągiem. Pojechaliśmy do Turcianskich Teplic, ale okazało się, że vlak odpada, bo żaden nie jedzie tam gdzie chcemy, albo nie jedzie bo tak ma w niedziele. Cóż było robić, pognaliśmy do Previdzy o własnych siłach. Okazało się, że trasa którą wtedy zrobiliśmy była najlżejsza z wszystkich czekających nas jeszcze tego dnia. Bałam się okrutnie przejazdu przez przełęcz w Jasenovie, bo na mapie to wyglądało...wysoko. Przed podjazdem zawinęliśmy do knajpy, gdzie spotkaliśmy dwóch kolaży z Martin. Bardzo się zdziwili, że z Polski na rowerach nam się chce drałować taki kawał, a mięliśmy wtedy już 200 km na liczniku :)
Przełęcz okazała się wcale nie taka straszna, a może po prostu zbyt pesymistycznie się do niej nastawiłam.
Do Nitranskego Pravna już zjechaliśmy z górki.
Pół dnia jechaliśmy do tych Bojnic (tak długo, dlatego, że nas pieruńska burza dogoniła przed Previdzą. Wylądowaliśmy tym samym na przymusowym obiedzie, gdzie obżarliśmy się okrutnie, więc zanim zdołaliśmy się podnieść i wsiąść z powrotem na rowery to trochę minęło...) Za to do zamku Bojnickiego dojechaliśmy w pełnym słońcu, niestety również w klimacie radosnego niedzielnego festynu. Ludu tyyyle, że przejechać rowerem nie sposób, wszędzie jacyś przebierańcy (wersja muszkieter króluje). Wjazd na zamek 8 euro! + stanie w kolejce...tjaa. 
Tylko było: "ty masz misję, więc rób to zdjęcie i spadamy!". Więc opuściliśmy radosne towarzystwo. W tym momencie zaczęła się katorżnicza trasa...tym razem nawet mi przez myśl nie przeszło jakie mogą być podjazdy! Samo wkulanie się na górę w moim wykonaniu trwało całą wieczność. Większość zakrętów przepchałam, bo mnie same sakwy ciągnęły w dół...jak sobie przypomnę...łuh...nie wiedziałam że znam tyle przekleństw... Trasa prowadziła przez pasmo górskie, góra dół góra dół (z naciskiem na "góra")
W końcu udało się przebić i dostać do Sutovców (czyta się przez "sz" !)
Gdzieś w okolicach Kostolnej Vsi, zakupiłam ja sobie w nagrodę "Oskara" prosto z Polski :)
Przed nami ciągle pozostawała trasa  do Cicman, wiodąca pomiędzy górami i TYLKO górami, na szczęście dołem rzeki, więc obyło się bez stromych podjazdów. Minusem za to był okrutnie podmokły teren. Nie dość że rozbicie się przy rzece zalatywało zamarznięciem w nocy, to jeszcze każdy wolny i płaski odcinek był zwyczajnym bagienkiem. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się sprawdzając teren, tu za mokro, tu za duży skos, tu nas widać z drogi...eh...kilometry lecą, ciemno się robi, zaczyna padać, a my dalej błądzimy na zupełnym odludziu. W końcu Art wyczaił jakąś polankę, trzeba było tylko przejechać przez mały strumyk, więc buty na bagażnik i heja (moje skarpetki zyskały wtedy miano wodnych i skończyły w śmieciach następnego dnia:) Zrobiliśmy elegancką konstrukcję z worków śmieciowych, żeby nie utopić namiotu, zastanawiając się jakie zwierzyny mogą się czaić w tym wszechogarniającym lesie i czy nas ewentualnie zaatakują czy nie :)
(w nocy coś wskoczyło na namiot, co mnie przyprawiło o mały zawał, ale ześlizgnęło się z tropiku i walnęło w trawę, więc duże być nie mogło...uf) w sumie i tak bardziej bałam się ludzi (cyganów) niż zwierząt...aczkolwiek nie wiem czy słusznie...

01.05.2010 Słowacja Martin-Previdza-Zilina

Na czym to ja skończyłam?...aa, wiem, teraz czas na drugi dzień. 
Pierwsze co zrobiłam rano, to zmieniłam trasę przejazdu omijając przy tym stertę zamków, które najprawdopodobniej  były marnymi ruinami pochowanymi po górach. Znalezienie ich graniczyło z cudem. Postanowiliśmy minąć Martin i zawitać w Sklabinskym Podzamoku. Pogoda ciągle utrzymywała się na słonecznym poziomie, jednak osobiście opalania miałam już dość (to nie śpiwór był za cienki, zimne dreszcze wywołuje także przegrzanie i poparzenie słoneczne :/ ) 
Śniadanko wszamaliśmy na jakiejś przydrożnej polanie 
Wcześniej jeszcze zwiedziliśmy sobie tunel skalny napotkany na trasie, wydłubany w górze, chyba pod kolej. Właściwie to wleźliśmy do niego z czystej ciekawości, bo specjalnie urokliwy to on nie był.
Przejeżdżając prze piękne tereny Kral'ovan, Ratkova, dokulaliśmy się do Sklabinskyego, no i co dalej? Żadnego znaku na hrad, no ale jakieś piknikowe autka przejeżdżają, dziadek kolaż nas wyprzedził ..hmm...a może oni wszyscy do zamku?  Zapytałam więc jakiejś kobity moim jakże wybitnym słowackim, no i się okazało, że faktycznie "za to kriżovatku doprava" , taaa....tylko doprava znaczyło - tylko się pierwsze wkulajcie na tą górę. Niby asfaltem, ale kuuurde pod kątem wystarczającym do porządnego zmęczenia materiału. Oczywiście wyjechałam po jakichś 3 przystankach, wtedy jeszcze byłam na tyle ambitna, że pchanie roweru pod górę w ogóle nie wchodziło w grę...taaa jaaasne.
Tak, jak widać na załączonym zdjęciu, zamek jest ukryty w lesie, czyli z łatwością można by go przejechać i nawet się nie zorientować. Rzuciliśmy rowery, Art się ułożył w rowie, według zasady "obiecałem że będę z tobą jeździł, ale o łażeniu po zamkach nic nie było!" :) No to aparat na plecy i wio. Nie bardzo wiedziałam czego się mogę spodziewać w tym lesie, chciałam wreszcie jakiś porządny zamek, w realu, do którego można wejść. Po tylu pominiętych zamkach cel wyjazdu zaczynał się zacierać...
Sklabinsky hrad okazał się  już grubo "podniszczony", ale rozkładał się po całym szczycie wzniesienia, więc można było wspinać się coraz wyżej wąskimi ścieżkami. Na samej górze był już całkiem dobry punkt widokowy :) Z historii to tylko dodam, że zbudowano go w XIII wieku, miał wielu właścicieli jak to zwykle bywało (nawet jednego polskiego szlachcica :) Oczywiście wśród nich nalazł się kretyn, Michal Reval, który sobie wymyślił pod koniec XVII wieku, że będzie w nim szukał skarbów. Zaczął podkopywać mury i inne takie, a jak się okazało, że jednak "za dużo filmów o piratach się naoglądał" :P to posprzedawał Żydom kilka gadżetów zamkowych. Tak się zaczęła powolna degradacja zamku, którą dokończyli hitlerowcy. Obecnie przy zamku mieszkają ...kozy :) prawdziwe! nie gryzą :P przynajmniej mnie zostawiły w spokoju.

Ta kropka przy drodze to Art i rowery :) (jeżeli nie widzicie to oznacza, że mam brudny monitor)
 Pojechaliśmy dalej, trasą na Blatnicky hrad, zatrzymując się na dopalacza:)
Dokulaliśmy się do Blatnicy, w której oczywiście zamku który tam miał być nie uświadczysz! Wiedzieliśmy już, że ruiny bywają pochowane po lasach, więc rzuciłam rower w rów i ruszyłam z aparatem na pobliskie wzniesienie. Nic. Wróciłam, poszłam na wzniesienie po drugiej stronie. Oprócz  maleńkiego starego kościółka NIC! grrr...
No to jedziemy dalej...
Potem w wiosce sprawdziliśmy położenie zagubionego zamku i się okazało, że owszem jest, tyle że prowadzi do niego cały szlak górski :/ 
Z Blatnicy za bardo nie wyjechaliśmy bo złapała nas burza. Zdążyliśmy wkulać się na drogę wylotowa i schować pod jakimś sklepiko-domkiem.
I pierdyknęło deszczem ...
A że w związku z tym stała się ciemność, to zawinęliśmy na nocleg pod drzewo (tak gdyby były pioruny, to żeby im było łatwiej w nas trafić :)

czwartek, 6 maja 2010

30.04-04.05.2010 Słowacja Martin-Previdza-Zilina

Ciężko zacząć...głównie dlatego, że szlak przejazdu pamiętam jedynie z pokreślanym, poklejonym, mocno zmęczonym kawałkiem mapy, który zgubiłam w którymś z końcowych zajazdów. Oczywiście trasę zmienialiśmy w trakcie, więc na tej mapie zaznaczone było wszystko i te zamki które ominęliśmy z premedytacją też! No cóż jakoś to muszę odtworzyć teraz, więc siadam przed Google Earth i sru!

Jak już tam gdzieś zostało napisane wyruszyłam bladym świtem (właściwie to był zupełnie ciemny świt!) na pociąg, który miał mnie zawieźć do Chabówki skąd zaczynała się nasza trasa. Oczywiście na stacji oprócz mnie nie było żadnych innych entuzjastów wczesnorannych podróży, dlatego też wszelkie żarty pana konduktora i kasjerki skupiały się na mnie, np.: "ta panią może zabierzemy, ale rower no nie wiem, nie wiem..." Oczywiście rower do pociągu wtachali mi panowie od mandatów za przebieganie przez tory. Chłopy 4x4 szafy z dostawkami, wjechałam im na ambicję, no co? dziewczyną jestem trzeba mi czasem pomóc :P
Art o dziwo nie zaspał, stał sobie grzecznie pół przytomny z redbullem w łapie. 6:00 wyruszamy.
Droga na Chyżne jaka jest każdy wie, jest kilka podjazdów, po których mój entuzjazm mocno osłabł. W Chyżnem dawka czekolady, prostowanie koła (taaaa szprychy...wiedziałam że o czymś zapomniałam :P), sms do rodziny (tak tak, mówiłam że pojadę, to nie był żart) i dalej.
Pierwszy większy przystanek uczyniliśmy w Oravskim Podzamoku, gdzie to znajduje się jeden z bardziej znanych słowackich zamków- Orawski. Znany przez Polaków, głównie dlatego, że znajduje się blisko granicy i można wyskoczyć w niedzielne popołudnie pozwiedzać z rodzinką :) a także z filmu "Janosik", kręcony w nim był któryś z odcinków.
niestety nie mogłam się przekonać jak bardzo fajnie jest w środku, gdyż, nie dość że do 30.04 był w środku generalny remont, to jeszcze 30.04 ogólnie zamek zamykają na cztery  spusty :/ pech chciał że przybyliśmy tam dokładnie 30.04.
Pożarliśmy zmarzlin leżąc do góry brzuchem (jak widać na załączonym zdjęciu) i w drogę.
 Następne dwa zamki miały czekać na nas w Dolnym Kubinie, ale niestety przejechaliśmy je bo gdzieś się pochowały po górach i lasach. Trochę mi to pomieszało plany, bo jak to zamki istniejące w mapach nie istnieją w realu? Do następnego skręciliśmy z trasy na Istebne i nawet pytałam tubylca o drogę, pan nas pokierował, ale w wyznaczonym miejscu znajdowała się jedynie szkoła, koniec drogi i jakiś niemrawy skręt w las. Stwierdziliśmy, że zamek zapewne jest zakamuflowany w tym całym lesie i zapewne to tylko mała kupka kamieni. Daliśmy za wygraną, wracając na trasę do Martin.
Byliśmy już porządnie zmęczeni tego dnia przejechaliśmy 108 km i to w pełnym słońcu.
Mięliśmy co prawda jechać do Martin, ale jednak prościej i bezpieczniej jest rozkładać obozowisko daleko poza osadami, dlatego korzystając z kawałka wszechogarniającej nas dziczy  rozbiliśmy obozowisko i padliśmy trupem. (łooo na tych zdjęciach na prwadę wyglądamy jak trupy :D hehe no nie było aż tak źle :)

wtorek, 4 maja 2010

łuh... dotarlismy do domu

no to jesteśmy ..niestety :( ... :P
powrót do rzeczywistości jest cięższy niż przejazd 100km jednego dnia. Dużo bardziej wole się  martwić, czy nic nas nie zje w nocy jak się rozbijemy w zupełnej dziczy, czy zdołamy się przedrzeć przez góry, czy rower wytrzyma itp...zamiast myśleć jakim cudem skończę studia, co z pracą i co w ogóle z życiem dalej...
Przywitała mnie ulewa, mgła, zero widoczności(wreszcie sie przydało światło w rowerze) pusty dom i dziadek z pączkami :)
Zmęczyłam się konkretnie, a nawet myślę że jak nigdy wcześniej w życiu :) Po każdym masakrycznym podjeździe, kiedy klnąc straszliwie wytaskiwałam rower, Art tylko mówił : sama taką trasę wybrałaś :) po każdej mordowni był jednak rewanż, albo wybitne widoki, albo długa stoma prosta w dół. 
Podsumowanie: trasa była dobra i chyba nic byśmy nie zmienili
-zrobiliśmy 340 km (miało byc pierwotnie 240)(w pierwszy dzień 108km! ha!)
-znaleźliśmy 6 zamków( z 22, przy czym do kilku dojechaliśmy, ale nie dało sie ich odszukać)
-rowery wytrzymały (dwa dni z gibającym sie na boki suportem, dzień ze strzelającą piasta przednią, i pół trasy z jajem na tyle...hardcor :P) (Artowi padła dentka dziś na km przed dworcem w Żylinie)
-po słowacku sie dogadałam, aczkolwiek "kawe" i "piwo wielkie" najlepiej zamawia Art :P
-deszcz za każdym razem nas oszczędził, zawsze zdążyliśmy rozbić namiot, albo sie schować na kilka sekund przed porządnym uderzeniem deszczu
-spaliłam sobie ramię...własciwie dopiero teraz widze jak bardzo!!
-po 5ciu dniach na mojej głowie można smażyć frytki
-przywiozłam sobie souvenir w postaci kleszcza...póki co odnaleziony jeden...
-nogi prawej nie domyję chyba jeszcze z tydzień z pięknych wzorków w koła zębate zrobione smarem :/
-wywaliłam sie oczywiście, ale był to upadek kontrolowany (szrama na nodze po nim, juz nie)na wąskim zjeździe po prostu mnie sakwy przeważyły...
-od wczoraj jeździliśmy na czuja bez mapy, bo ja mądrze zostawiłam w jakimś zajeździe, na szczęście to była juz końcówka, a mapa znana prawie na pamięć
-zdecydowanie wole ruiny choćby były na czubkach gór, niż ładnie odnowione zameczki z całym festynowym cyrkiem wokoło 
-jestem zadowolona, wszystko sie udało, szczęścia w krytycznych momentach nie zabrakło, pogoda spisała się całkiem dobrze, zamki te które odnaleźliśmy zrobiły wrażenie, towarzystwo rowerowe w postaci Arta- na medal! (szczególnie poranne radio i hit "bursztynek bursztynek " :D )
no to co?
czas na kolejny wyjazd :)
m

Ps. jak sie ogarnę ze zdjęciami (i ukradnę troche Artowych:P) to powrzucam
będą porządne posty, będą  :)


poniedziałek, 3 maja 2010

Streczno

nocleg na górze z widokiem na stary hrad. rekord w rozkładaniu namiotu. 2 sekundy poźniej pierdyknęło burzą. na liczniku 330.

sms z Cicman

dotarliśmy do malowanych chat, ale podjazd to tym razem był naprawdę najgorszy w życiu. we mgle i deszczyku. piasto wytrzymaj jeszcze do jutra!

sms z końca świata

Bojnicki Zamok - niedzielny festyn, zwialiśmy. przejazd przez Sutowce, to był dramat. wjazd na grubo ponad 800 m.
do góry - siarczysta łacina, w dół - modlilam sie tylko żeby przy tej prędkości nie odpadło mi koło. przejazd przez strumień na jedyny niepodmokły nocleg. droga, góry, rzeka i nic! leje, ciężko będzie....

niedziela, 2 maja 2010

sms z Previdzy

210 na liczniku, burza nas zmusiła do obżarcia się wyprażanym syrem i teraz się nie możemy podnieść. zamki się pochowały i zupełnie nie możemy ich znaleźć. słowacja piękna, piwo dobre, uwielbiamy zjeżdżać w dół :) tera do Zbójnickiego

czwartek, 29 kwietnia 2010

start

Wydaje się że wszystko juz gotowe
rowery sprawne (tata skończył serwisować o 22 :/) (oczywiście wszystko się wzięło i popsuło...jak dobrze być przydasiem i mieć w warsztacie grajdoł  z pozoru niepotrzebnych rzeczy:)
sakwy o dziwo twierdzą że zmieszczą więcej
według trasy, zmienionej dwa dni temu, za 4 h wyruszam, więc dobrze by było np. iśc spać :)
pociągiem do Chabówki, stamtąd już pedałujemy na Chyżne i prosto do Dolnego Kubinu, przez Namestowo zapewne :)
mamy ambitny plan, żeby przed nocą dotrzeć do Martin, ale jakoże to dobrze ponad 100 km, to może się nie udać...
raczej obstawiam spanie pod Oravskym Hradem...dla mnie bomba :D
w dalszej części wyprawy będziemy slalomować wokół Martin przez Kost'any, Blatnice, Turcianskie Teplice zakręcając znów pod Zniev, tamtędy jakimś cudem (i to dużym gdyż trza się przebić przez góry) do Cicman. Potem Kunerad, i Żilina. Ale Żylina przysparza nam sporo kłopotów ostatnio, więc przejazd przez nią póki co jest mocno teoretyczny.
Pociełam właśnie mapę i zawijam w wyro...

życzcie nam powodzenia :)
m

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Slovakia

Na wyprawę czas a tu ciemny las...oczywiście trzy dni to szmat czasu, rowery na pewno się złożą do kupy, sakwy się znajdą, namiot zmniejszy do wersji kieszonkowej, statyw się upcha, aparat bezpiecznie przymocuje, żarcia się nabierze, a bagażnik na pewno to wszystko utrzyma :)
w dalszej części mrzonek chcemy ciepłe noce, żadnego deszczu i żadnych cyganów na trasie :)
coś jeszcze ?
najlepiej ścieżki rowerowe i ani jednego wypadku :/

m

Obserwatorzy