Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slovakia 2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Slovakia 2. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 lipca 2010

9-18.07.2010 Słowacja wschodnia + Tatry wysokie cz.5

Stara L'ubovna. Pan parkingowy nie chciał się zaopiekować Karolem, więc musiałam wjechać do zamku, po tych sakramenckich serpentynach. I co? zwiedzanie z przewodnikiem i ? grupą słowackich EMERYTÓW !!! yeeea! Fajnie było, już się powoli zaczęłam przyzwyczajać do dziadków.
I na teatrzyk dla dzieci się załapałam :)
I kolega dla Karola :)
Przy samej granicy ostatni zamek...
Ostatni wioskowy bar...hlip hlip...
Ostatnia kofola... buuuuu :(
I Krynica, a tam historia z deszczem w roli głównej. Burza mnie złapała, w trakcie długich poszukiwać centrum miasta i kebaba! ( w Polsce to kurna trza tyle przejechać żeby rynek jakiś dorwać!) więc musiałam się ukryć pod pierwszym lepszym budynkiem z daszkiem. Jak już się zainstalowałam, to się okazało, że kolumnę dalej stacjonują panowie harleyowcy! i to z Krakowa! Jeden pan podszedł no i się zaczęły opowieści. Godzinę prało żabami, patrzyliśmy na drogę, która zamieniała się w rzekę. 
W końcu przestało, a ja stwierdziłam, że czas się zbierać szukać spania. Pożegnałam się z panami i ruszyłam. Okazało się, że centrum Krynicy było już całkiem blisko, akurat kiedy przejeżdżałam przez najbardziej zaludnioną część nadjechali harleyovcy, trąbiąc na mnie i machając. I wtedy cała Krynica wytrzeszczyła gały na ten cyrk hehe :) ale to było miłe :) doping na ostatniej prostej do Krakowa.

9-18.07.2010 Słowacja wschodnia + Tatry wysokie cz.4

Zamek Spiski. Jak ktoś już się kiedyś wybrał na Słowację zobaczyć jakiś zamek, to zwykle zobaczył właśnie ten. Zjeżdża się do niego z pierońskiej góry (na hamulcach cały czas, żeby się nie zabić na nierównościach asfaltowych).A potem trzeba się jeszcze wyspinać do parkingu pod zamkiem (co skutecznie utrudniały mi żarłoczne muchy śmierci grrr...)
5 e i można włazić i szwendolić się po całym zamku, pić kofolę do woli w przyzamkowym barze patrząc na zgraję dzieci co się wysypała właśnie z autobusu, wykupiła drewniane miecze w przyzamkowych suvenirach i się nimi okłada na dziedzińcu. No po prostu...ale że samo południe i jakieś 30 C no to siedzimy grzecznie, jako że miejscówka w cieniu.
A, zapomniałam dodać, że po zamku łaziłam krok w krok za grupą emerytów (nijak się ich nie dało wyprzedzić) (pozdrowienia dla mojego Dziadostwa :)
Ze Spiskiego sru na Lewoczę. Dojechałam zadowolona, że na ryneczku głównie ja, mój obiadowy arbuz, odpadające tynki i niewielu miejscowych. Zasiadam na ławeczce zabieram się za konsumpcję, a tu nagle podjeżdża autobus z którego wysypują się ....?.... emeryciiii!!! i zajmują wszystkie możliwe ławeczki :) no to pozwiedzane :P
Z Lewoczy na Poprad (Popaprad:) a w międzyczasie odsłoniły się TATRYYYYY !!! i ja wiem że wszyscy już tamtędy jechali i to widzieli, ale ! z samochodu nie da się poczuć tego obłędnego zapachu co to wydają z siebie te fioletowe kwiatki porastające łąki !!! niech żyje rower!!!
Popaprad jaki jest każdy widzi
No i wydostać się z tego teraz i znaleźć nocleg...trochę to trwało, ale w końcu znalazłam się w mieście Svit i rozbiłam namiot przy...ścieżce rowerowej (przy ogródkach działkowych, torach kolejowych i autostradzie..mmm co to była za noc :P)...wychodząc z założenia, że rowerzyści to fajni ludzie przecież są :)
Wstałam bladym świtem następnego dnia i dzikim pędem ruszyłam na Liptovsky Mikulas, no bo tam miał być dzień relaksu, słowackie morze, odpoczynek przed wspinem, mycie i w ogóle cywilizacja.
Myśl o wodzie spowodowała takie przyspieszenie, że o 12 w południe już sobie kupowałam miejscówkę na polu namiotowym w Liptovskym Trnovcu. Zadowolona, że oto nadeszły wakacje, rozłożyłam swój domek, rozwiesiłam pranko, Karola oddelegowałam na zewnątrz, łaha cały namiot dla siebie! :) polazłam na plażę. Leżę sobie leżę....wieki całe... (jak się potem okazało pół godziny) sami Polacy i Słowacy...nudność mnie ogarnia.... reeety....woda żarcie i plac zabaw dla dzieci....to nie na moje nerwy. Jak ja się tam wynudziłam!!! jak się jeździ po samotnemu to nie w takie miejsca!
  Zapoznałam się z sąsiadami Słowakami. Którzy po czasie dopiero poczaili, że kurka skoro ta dziewczyna ma rower przy namiocie , to chyba na nim przyjechała. Najlepsze było jak zaczęliśmy rozmawiać (wtedy miałam ponad 600 km na liczniku) i przez 5 min. przekonywałam ich, że wiem jak jest po słowacku 600 i czym się różni od 60, tak: sest i nula nula (w sensie z dwoma zerami:) ogólnie to sobie pomyśleli, że wariatka jakaś :) Ale byli super mili (szczególnie jedna pani, popatrzyła na moje sakwy i stwierdziła, że to niemożliwe że ja tam wszystko mieszczę, bo ona się ledwo do samochodu zapakowała:), nawet jak się zbierałam następnego dnia o 6.30 to mnie pożegnali.
wow chłop na glajcie przeleciał...jedyna rozrywka :P
Następnego dnia były przewidziane Tatry wysokie i wspin. Smsy wsparcia z Polski nadciągały, Karol drżał na samą myśl na jakie grapy będzie musiał wyjeżdżać...
ruszyłam ...jadę jadę...Pribylina za mną, a tu nadal płasko...Podbanske płasko...cholera może pomyliłam drogę. Co nieco potem było w górę, ale rety, wyjechać to z palcem w nosie! Jadę sobie w wielkim szoku i patrzę a tu na poboczu dwóch dziadków pcha szosówki pod górę. Na widok mnie jeden krzyknął (w tłumaczeniu: cooo??? dziewczyna mnie wyprzedzi?!!) wsiadł na rower i zaczął mnie gonić. W końcu dogonił i okazał się niesamowitą gadułą :) W efekcie przejechałam z panami dziadkami spory kawałek trasy, gadając na okrągło :)
Pan dziadek, jak się okazało przejechał 20 lat temu spory kawałek Polski, jest fanem Krakowa, za to nie lubi śląska. Pożegnali mnie skręcając na Krywań.
No a ja do Tatranskey Lomnicy. A tam to już cyrk. Turystów jak mrówków, na Łomnicę wyjazd dopiero o 17! (była 12) zapłaciłam więc ciężkie pieniądze, wyjechałam kolejką do Zielonego Jeziora (cholera po górach się chodzi a nie jeździ!), posiedziałam w tym tłumie, zjechałam z powrotem  i stwierdziłam, że uderzam na Kezmarok, skoro mam jeszcze pół dnia czasu.
Kezmarok na zakończenie dnia.

czwartek, 22 lipca 2010

9-18.07.2010 Słowacja wschodnia + Tatry wysokie cz.3

Skończyło się zboże i zaczęły się winnice. Czyli jazda wzdłuż granicy w najdalej wysuniętej na południe części Słowacji wschodniej. Co tam jest? nic ni ma! i to jest najlepsze!!! zero turystów, zero miejsc atrakcyjnych turystycznie, zero wielkich miast....wieś wieś wieś, wioskowe bary, wioskowi ludzie (których nie zrozumiesz bo gadają mieszanką węgiersko-słowacką), wioskowe domki i obowiązkowo wszędzie krzaki winogron! Raj na ziemi :D tam podobało mi się najbardziej. Pojechałam tam, bo na samym dole mapy był sobie zamek w Vel'kym Kamencu i się uparłam, że koniecznie go muszę zobaczyć.

Wyświetl większą mapęWiedziałam od razu że to nie żadne cudo, i może nie być warto gnać tam i z powrotem te dziesiąt kilometrów. No i szczęście, że nie zmieniłam trasy! Takiej Słowacji jak tam to przypuszczalnie niewiele osób zna. Każdy w ogródku ma rozplantowane krzaki winogron i własne większe pole gdzieś za wsią. Wioski są czyste, jako że w ogródkach nie ma miejsca, to kwiatki sadzi się przy drodze, co jest wspaniałym wynalazkiem, wjeżdżając wkracza się jakby w inną czasoprzestrzeń. To rejon Tokaju węgierskiego, a że do granicy jest rzut kamieniem, to i Słowacy wino pędzą. 
No i sam zamek, a raczej kupa kamieni na małym wzniesieniu :)
Bodrog:
Wracając stwierdziłam, że skoczę sobie na 5 min. do Madziarów, jak już tak blisko jestem :)
Kierunek Koszyce. Oczywiście przez najmniejsze wiochy (tak mi się spodobało, że aż zmieniłam trasę :) znowu płasko, znowu zboże... w jednej wsi dopadłam potraviny łączone z barem i nieodłącznie panami ławeczkowymi przed tymże przybytkiem. Weszłam po jedzonko, zostawiając rower przed sklepem. Stoję już przy kasie, a tu nagle przybiega jakaś babcia i drze się do mnie że mi "wywalilo bicykel". Pozbierałam zakupy i lecę zobaczyć co się stało. Faktycznie rower się wziął przewrócił z całym moim dobytkiem. Ledwie się wyłoniłam ze sklepu panowie ławeczkowi już się darli że spoko spoko nic mi nie ukradną! :) przytaszczyłam do nich rower i zaczęłam oględziny pogryzając drożdżówkę... i się zaczęło...od standardów, czyli dlaczego sama? czy się nie boi? ło Jezu aż z Polski!? a to wam ostatnio zginął prezydent! jedzie w tatry wysokie coooo?? wie ile to jeszcze kilometrów?? śpi bylegdzie? i rodzice puścili??  Ale ale , tym razem na standardach się nie skończyło. Jeden pan podszedł przedstawił się, wycałował mnie w policzki potem zawlókł do baru i postawił sok, zgarniając adres mojego bloga :) (POZDRAWIAM !) Po rozlicznych radach i obiecywaniach, że będę na siebie uważać wreszcie mnie wypuścili machając i życząc dobrej drogi :) (no i jak ja mam nie lubić wioskowych barów!?)
Następny zamek czekał na mnie w Slancu i o dziwo prowadziła do niego ścieżka rowerowa (nie na mój rower co prawda, ale do połowy wyjechałam) potem jeszcze spory kawałek wspinaczki po głazach i gotowe!
Na nocleg dowlokłam się do wsi Nizny Caj (w tłumaczeniu: dolna herbata :) kiepska miejscówka, ale lepszej nie było. Na dzień dobry przebiłam sobie podłogę jakimiś ostrymi chabaziami... :/ no bo się rozbiłam na łące :)
Następnego dnia rano wjechałam do Koszyc (tych co to się miałam bać). Ładne centrum, zadbane, ścieżki rowerowe... wypas :P i śmieszna akcja!: szłam ja sobie głównym deptakiem wlokąc rower, a tu podchodzi do mnie uliczny menel i pyta po słowacku czy może o coś mnie zapytać, oczywiście bronię się tekstem "nie rozumiem" i słyszę:
-english ?
-ok (zrezygnowana)
-i'am homeless, no money...
- hahaha ! me too!
-ok! bye!

I tak zostałam bezdomną :) ale swój swego zrozumie, więc menel już się więcej nie doczepił :)
Trochę nie w stylu "bezdomnobezpieniężnym" zawinęłam do restauracji na pizzę. Pan kelner, był po prostu mega! Pierwsze pilnował mi roweru kiedy poszłam się umyć i przeprać ciuchy w restauracyjnym wc :) znalazł mi kontakt żebym mogła załadować telefon, zapakował pół mojej niedojedzonej pizzy na drogę i na dodatek jeszcze raz pilnował roweru, kiedy pobiegłam zrobić zakupy w pobliskim sklepie :) i że ja niby miałam się bać Koszyc??
Następnym dużym miastem na trasie był Preszów. Ledwo wjechałam do miasta i zaczęła się ulewa. Szybko wyczaiłam (oczywiście) bar, wpadłam do środka, pan barman się zgodził na wtaszczenie roweru do środka (wtedy jeszcze nie wiedział jaki rower chcę wnieść, a potem już nie mógł odmówić :) Knajpa była malutka, więc kiedy weszłam zrobiło się cicho i wszystkie gały na mnie... grzecznie poszłam zamówić kofolę, za którą nie zdążyłam zapłacić, bo mnie wyprzedził jakiś miły pan :) kolejny przybiegł do stolika pytając czy sama jeżdżę na rowerze po świecie :) no prawie :P Pan był przemiły, chciał się zabrać ze mną, ale jak usłyszał dokąd jeszcze jadę to zwątpił :) natomiast podał mi swojego maila, żebym mu napisała jak już dotrę do swojej Polski, bo on się będzie strasznie o mnie martwił. Potem jeszcze wypytał czy wszystko mam, posprawdzał, kazał założyć kask :/ uważać na siebie i z przerażoną miną odprowadził i pomachał na pożegnanie :)) (POZDRAWIAM !)  Dalsza trasa jak słusznie pan z baru zauważył, była dość wymagająca, góra dół góra dół i tak ze 30 km.
Za to nocleg miałam prawie jak w kurorcie! :) rzeczka z wodospadami, od biedy można było strzelić sobie maseczkę z krowiego łajna :P no bo się rozbiłam na pastwisku :D poza wszędobylskimi muchami śmierci, to prawie jak w spa :)

poniedziałek, 19 lipca 2010

9-18.07.2010 Słowacja wschodnia + Tatry wysokie =cz.2

No dobrze, jesteśmy już po pierwszym szoku, opiernicz już mi się zebrał za wyjazd...mogę pisać dalej :)


Jak widać na zdjęciu, spałam z Karolem w namiocie (dziad zajmował większość miejsca...) ale dzięki temu nikt mnie nie zaczepiał wieczorami :) 
Niedzielę rozpoczęłam od znalezienia zamku w Cicavie. Na wioskowej drodze do lasu (i do zamku) miał miejsce nieprzyjemny incydent, otóż rzucił się na mnie jakiś pies debil i ugryzł mnie w kostkę (na szczęście miał tępe zęby, trochę pobolało i przestało). Potem w lesie pogryzło mnie jeszcze stado komarów, tak czy siak żadne paskudy nie mogły mi przeszkodzić w zdobyciu zamku :P
Następny zamek był 20 km dalej w Brekovie. Prawie wjeżdżając do wioski załapałam się na mszę w tamtejszym kościółku. Kościół stał zaraz przy rzece, którą odgradzały od drogi barierki, tam też zaparkowałam. Był to obszar wioskowych panów, którzy stali tam sobie w kupce i dyskutowali, cały czas będąc oczywiście na mszy (zareagowali tylko na "znak pokoju" co mnie najbardziej rozbawiło:)) dalej wchodziło się po schodkach na teren chodnika przykościelnego i ogrodzenia, które to było obsiadłe przez liczną grupę matek z wózkami, wszelakiej dziatwy i młodzieży. Przypuszczam że grupa mocherów zajmowała wnętrze kościoła.Oczywiście spowodowałam spore wydarzenie swoim przyjazdem. Normalnie zabrałabym się za szukanie wioskowego baru, ale zrobiło się strasznie tłoczno, poza tym NIEDZIELA na Słowacji zwiastuje raczej zero otwartych przestrzeni publicznych.
Z Brekova prosta droga do Michalovców, gdzie miałam zamiar popluskać się w Zemplinskey siravie(spore jezioro), no ale niestety nie dotarłam tam, tak samo nie zobaczyłam tamtejszego zamku. Bo to miasto jest jakieś dziwne...niby ładne, cukierkowe wręcz, ale zupełnie puste (niedziela). Prawie żadnych ludzi, udało mi się znaleźć jedną knajpę w której sprzedawali jedzenie. Jak kocham Słowację, tak nie znoszę tamtejszego żarcia...wyprażany syr...raz jadłam na prawdę dobry. Co innego z piciem :) moja ukochana kofola, i co najmniej kilka porządnych piw :D 
 A w Michalovcach tak oznacza się ścieżki rowerowe:) :
Oczywiście temperatura ponad 30 C a ja w długich rękawkach :) jakoś się trzeba było bronić przed słońcem, skoro krem z filtrem sobie nie radził :P W sumie po tych dziesięciu dniach jazdy w pełnym słońcu, wyglądałam już prawie jak Romska dziewucha :) hehe mogłam się wtopić w tłum. Słyszałam już przed wcześniejszym wyjazdem na Słowację, że mieszka tu bardzo duża mniejszość Romów. Cygany- jak o nich mówią Słowacy. Rzeczywiście mają z nimi spory problem. Raz w jednej wiosce mnie panowie barowi ostrzegali przed Koszycami, bo tam mieszka dużo Cyganów i mogą mi ukraść rower.  Więc cały wyjazd obawiałam się Romów, nawet szukając noclegów patrzyłam czy daną wioskę zamieszkują biali. Strasznie to rasistowskie, było mi głupio że tak myślę.... Od razu muszę powiedzieć, że nie spotkało mnie żadne niemiłe wydarzenie związane z Romami. Jak się człowiek nasłucha wszystkich mądrych tego świata, to potem się boi rzeczy których nie powinien się bać. Romowie zamieszkują zwykle slamsy miejskie, tworzą takie swoje małe społeczności, na wsiach maja łatwiej, więcej miejsca, no i mają się za co utrzymać. Spotkałam eleganckich Romów jeżdżących samochodami wysokiej klasy, ale jednak najczęściej widywałam biedotę. Szczególnie w miastach. Kiedy przyjechałam do Trebisova, od razu popędziłam do baru ( :P ), był z ogródkiem więc mogłam oprzeć rower i mieć na niego oko cały czas. Obok baru stała fontanna...nie mogłam się oprzeć (cały dzień marzyłam o rzece i jak na złość nie było żadnej na trasie, tylko jakieś na wpół wyschnięte syfne bajora), polazłam tam zaraz zamoczyć choć nóżęta. W środku pływała dwójka Romskich dzieci, w kompletnym ubraniu oczywiście, razem z nimi również cały syf który tam ludzie nawrzucali, jakieś butelki, kawałek bułki, papierki...normalnie bym w tym palca nie umoczyła. Dzieci już miały nadzieję, że zaraz z nimi popływam, niestety ograniczyłam się jedynie do ochłodzenia kończyn. Udało mi się je nakłonić, żeby chociaż tej wody nie piły skoro już koniecznie muszą nurkować... wróciłam do stolika obserwując znad szklany piwa (nealkoholickego!) akcje toczące się przy fontannie.
Oczywiście w knajpie siedzieli tylko biali, widocznie w tym mieście Romowie stanowili głównie klasę biedną. W fontannie pływały też tylko dzieci Romskie (co nie oznacza że inne się tam nie przewijały) bynajmniej nie chciały ode mnie niczego wyskubać, stanowiłam dla nich raczej zjawisko przyrodnicze :) przechodziły obok żeby zobaczyć mój "dziwny" rower, mówiąc " dobry den". Biegały z butelkami nabierając wodę z miejskiego hydrantu, po drodze wskakując chociaż na chwilę do fontanny  :)
Fajnie się siedziało, ale i spać też gdzieś trzeba. Popędziłam dalej na południe, gdzie był już prawdziwy Słowacki dziki wschód :) Jako że jest to część zupełnie płaska, to wszędzie gdzie się nie spojrzy rosną jakieś chabazie, głównie zboże (stąd sms: o Boże samo zboże! :P ) jedzie się drogą, która nie ma końca, w dalekiej oddali widać dopiero węgierską Satoraljaujhely (nie pytajcie jak to ustrojstwo się czyta, Madziarski język to dla mnie czarna magia), w każdym razie jest to góra. 
Rozbiłam się praktycznie na drodze dojazdowej do pól, oczywiście w zbożu.  Nie bardzo wiedziałam czy to już Węgry, czy jeszcze Słowacja. Okazało się, że Luhyna, wieś granicząca, ale Słowacka jednak.

Obserwatorzy