Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2011

Giewunt...

Czyli masakra górska...kto był ten wie. W sumie wycieczka udana, bo przełamany został pech pogodowy (kilka kropel to nie deszcz!). Poza tym, przecie to wstyd nie wleźć na Giewont- najsłynniejszą górę w Polsce! mało brakowało, a by się nie udało, gdyż jak zobaczyłam kolejkę na szczyt to chciałam wracać. Raw jednak podjął męską decyzję i następną godzinę spędziliśmy w kolejce na czubek. Widok łańcuchów niesamowicie działa na ludzi, od razu im się wydaje, że szlak którym idą jest wyjątkowo niebezpieczny, a stopień trudności sięga zenitu. A co było z zejściem... z nudów wyciągnęliśmy kanapki z kotletem, bo przecież turysty toczyły walkę z przyrodą o przetrwanie, co było widokiem mrożącym krew w żyłach. Niestety jestem nieczuła na tego typu zbiorowe histerie, poza tym nie mogłam trzymać łańcucha, bo w między czasie zrobiło się zimno i ręce trzeba było grzać w kieszeni, poza tym jeszcze ta kanapka.
Raw obiecał, że już nigdy tam nie pójdziemy :)
Generalnie w ogóle nie mięliśmy mocy, ja ledwo powłóczyłam nogami, Raw przywalił w korzeń kolanem, a i tak jakimś sposobem zrobiliśmy ta trasę 2 h szybciej niż napisali. Tabliczki na szlakach kłamią! 

wtorek, 16 sierpnia 2011

Kościelec

Wreszcie zobaczyłam góry! :P czyli: pierwszy raz wybraliśmy się w Tatry i nie padało. Co więcej- wszystko było widać! Wokół malowniczo rozciągały się szczyty, chmury kursowały od góry do góry w ekspresowym tempie, a turyści, jak to turyści, deptali sobie po piętach, gdyż wszyscy skrzyknęli się żeby przyjechać do Zakopanego akurat w wolny poniedziałek... Jeśli ta trasa, którą wybrał Raw należała do "mniej uczęszczanych", to już sobie wyobrażam co się musiało dziać na tych "najbardziej popularnych". Ale cóż, w kupie raźniej i weselej, naturalna integracja. Kilka posłyszanych haseł, które udało mi się zapamiętać, podczas takowej integracji: "no panowie! szczytujemy!", "trasa dobra, tylko płuca przestarzałe", "- już dalej nie idę! -tak! a na fejsbuku naściemniasz, że wyszłaś!"  :)
Zdążyliśmy zejść po pięciu godzinach ciągłego wyprzedzania. Na Hali Gąsienicowej wszamaliśmy w słońcu ostatnią bułkę... (i  w tym momencie nasi znajomi, którzy deklarują, że nie będą z nami jeździć w Tatry, bo przynosimy deszcz, zaczynają się wahać). Tak, my też sobie pomyśleliśmy, że deszczowe fatum, które się za nami ciągnie, wreszcie dało sobie na wstrzymanie...

A teraz zakończenie historii...

Wyszliśmy ze schroniska Murowaniec, ostatnia godzina marszu, już po płaskim, kierunek-na busa. Po kilkunastu minutach zaczęło kropić. Stwierdziłam, że taki deszczyk to sobie może...kilka minut później nad naszymi głowami rozbestwiły się błyskawice i grzmoty. Deszczyk w sekundę zmienił się w wiadro wody, ledwo zdążyliśmy ubrać kurtki, co w moim przypadku na niewiele się zdało. Ostatnie pół h taplaliśmy się w wodzie, przemoczeni całkowicie i ze wszystkich stron...
nosz kurna....

poniedziałek, 30 maja 2011

po raz kolejny mokre Tatry


...zaczęła panować obiegowa opinia, że lepiej nie jechać w Tatry wtedy, kiedy jadą Madziara z Rawem, bo pogoda na pewno będzie do kitu. Sama już też zaczynam wyznawać tą teorię. Oczywiście nie muszę pisać jak było...można się domyślić...lało lało lało! Całą sobotę nie dało się wyściubić nosa z mieszkania, bo prało żabami na potęgę. W niedzielę, jak zwykle wyruszyliśmy w jakąś rekreacyjną trasę, wychodząc z założenia, że wysoko to nie ma co iść, bo i tak wszystko tonie we mgle. Kalatówki, Sarnia skała, jakieś dolinki, ślisko, mokro i wszystko w zadymie. 


A na tym zdjęciu widać chamstwo pogody! Nawet kiedy nad Zakopanem zaczęło się rozpogadzać, Tatry tonęły we mgle. 


Myślałam, że się popłaczę, kiedy po powrocie do mieszkania naszym oczom ukazał się taki oto widok z okna:

nie mam już siły do tych Tatr....

poniedziałek, 6 września 2010

jeśli Tatry...to tylko w deszczu...

To się już nazywa pech...kolejny nalot na Tatry i kolejny pogodowy foch ! Widoczności brak, mgła jak okiem sięgnął, szanse na polepszenie...-żadnych. Więc sporą część niedzieli spędziliśmy przy herbatce, stosie słodyczy i kartach. Współtowarzysze wymyślili sobie, że nauczą mnie grać w te wszystkie takie ustrojstwa, co to ładnie nazywają się "grami karcianymi". Noooo....trzeba przyznać, że wykazali się nie lada cierpliwością, skoro ja, karciany beton, zdołałam przyswoić AŻ 'remika' i AŻ 'makao'. Przy 'tysiącu' mózg wylał mi się uchem :)) Gra w karty okazała się być bardziej męcząca niż całodzienny wspin.
Następnego dnia stwierdziliśmy, że lejemy na deszcz (tak dla odmiany) i idziemy chociaż w dolinki. Chyba wszyscy turyści stwierdzili tak samo, bo w Dolinie Kościeliskiej nie gorzej niż na Krupówkach. Zahaczyliśmy  jeszcze o Halę Pisaną pod Wąwozem Kraków (gdzie uszczęśliwiły mnie łańcuchy :))drabinki i inne takie klamry :D ) i na koniec Smreczyński Staw.
Zaczęło się co nieco przejaśniać, więc podaję informację: tak, w Tatrach jest śnieg i to w piz.. Oczywiście wyższe partie, dowód:
I dodatkowe info z niedzieli: na Rysach metr białego :) 
Za trzecim razem wbijamy w Tatry zimą! i niech sobie pada!!! :P

(I jeszcze jedno! rowerowy fenomen, którego spotkaliśmy na Krupówkach...whooa drewniana kierownica!!! szczyt minimalizmu i dobrego smaku :D w tym rowerze nawet nie ma co się popsuć...chyba suport jedynie, mój mieszczuch to przy nim cud techniki, ale równocześnie bezguście, syf i malaria :P :D hehe)

wtorek, 27 lipca 2010

mokry dzień

 Zaczęło się od pomysłu coby pójść w tatry (nie żebym stamtąd wróciła tydzień temu). Umowa była : bez względu na warunki! No to się zapakowaliśmy i sru...
W Krakowie lało - eeee w Krakowie to sobie lać może....
Na trasie mgła- eeee rano to zawsze tak jest,. podniesie się...
W Zakopcu kropi i mgła - hmmm...to jak to było z tą umową ? :)
Pan parkingowy powitał nas radosnym "witamy na mazurach" wystając zza przeciwdeszczowej pelerynki.
No ale przecież co? umowa to umowa :)
Wejście na szlak i pierwsze pytanie - eeee, a to jest na pewno szlak, bo mi się wydaje, że rzeką idziemy ?
...to był szlak...wszystkie inne rzeki to też był szlak...
...nie muszę dodawać, że gór to się nijak nie naoglądaliśmy, jako że wokoło panowała mgła.
Przy okazji taplania się w wodzie i błocisku, została sprecyzowana kolejna mądrość życiowa. A brzmi ona mniej więcej tak: " kiedy są idealne warunki, to wyjście w góry jest tylko wycieczką, a kiedy wszystko jest nie tak, to wtedy zalatuje już przygodą" :) 
Z powrotem to już nikt się nie przejmował omijaniem wezbranych potoków na trasie, w butach i tak już wszystko pływało. 
A no i uwierzyłam że zdobyliśmy Czerwone wierchy (aczkolwiek głowy nie dam :P) 

Obserwatorzy