czwartek, 11 listopada 2010

wróżki


Rozgłos często się rodzi przez ślepy przypadek,
a powodzenie jest zawsze dziełem rozgłosu.
Ta niesprawiedliwość losu
zostanie w rzędzie zagadek
pewnie aż do końca świata.
Ale cóż począć? Zwyczaj, przywidzenie
większej nad rozum nieraz bywa cenie,
a wtedy los figle płata
i ludzie, którzy mędrcami się mienią,
wielbiąc jako płoche dzieci,
blichtr, co złudnym blaskiem świeci,
za brak rozsądku przypłacą - kieszenią.

Żyła kiedyś guślarka w pewnym wielkim mieście,
a żyła...mam powiedzieć? ot, z ludzkiej głupoty.
Kto miał grosz, spieszył do niej i chytrej niewieście
zwierzał swe tajemnice, troski i kłopoty.
Skąd wziętość? Wróżka miała ze trzy ćwieki w głowie,
prawiła dziwy i brednie.
A przecież w nocy i we dnie
lud prosty, wielcy panowie,
dziewczęta i wielkie panie,
tamci jawnie, te po cichu,
pukali do drzwi na strychu,
gdzie było wróżki mieszkanie.
I pocieszeni wróżbą lub kabałą
kładli, nie skąpiąc zapłaty,
co kto mógł : szeląg, tynfa lub sakiewkę całą.
Zebrawszy tedy złota wór pękaty
jejmość wróżka w dumę wzrosła
i dom nabywszy, do własnego domu
z nędznej pod dachem izby się wyniosła.
Strych po niej inna zajęła niewiasta.
I znowu z całego miasta, 
to jawnie, to po kryjomu,
łatwowiernych mnoga rzesza
na strych pospiesza.
Bo strych już zyskał sławę ustaloną.
Na próżno biedna staruszka
mówiła : "Jaśnie państwo! jam nie żadna wróżka!
mnie nawet nigdy czytać nie uczono!
na gusłach się nie rozumiem,
ledwie przeżegnać się umiem!"
Nikt jej nie wierzył i pomimo woli
zmuszona jąć się czarnoksięskiej roli,
zaczęła badać, wróżyć, przepowiadać.
I złoto do worka składać.

Nie zmądrzał dotąd jeszcze nasz świat, chociaż stary - 
byleby szyld był w modzie, mniejsza o towary.

Jean de La Fontaine

Lubię gościa :) fajnie że o nim jest moja magisterka (no dobra, w jakiejś 1/4). A jako, że ja zawsze wszystko muszę robić na odwrót, to za czytanie bajek La Fontain'a zabrałam się dopiero przy końcu pisania o nim. Całe szczęście że w ogóle! (mam nadzieję, że tego teraz nie czyta mój promotor...)

środa, 10 listopada 2010

Chciałam być Julią

To tytuł spektaklu, który produkują pewni młodzi ludzie (napisałabym -dzieciaki-ale by się obrazili pewnie). Zaprosili mnie na odświeżenie ich wizerunku scenicznego. Jako, że spektakl grają już ze trzy lata i połowa obsady już się zmieniła, trzeba im było zrobić aktualniejsze zdjęcia. No więc spakowałam manele i pojechałam w podróż sentymentalną do Bielska. Jak ja lubię to miasto!!! ...z wielu, nie koniecznie rozsądnych powodów :)
A teraz kilka moich wypocin:
Grupa muzyczno-taneczno-teatralna ProTalent z Bielska-Białej


poniedziałek, 8 listopada 2010

La Fontaine-żona uparta

Usiłuje od kilku godzin rozkminić pewien rodzaj ubioru, o którym nic absolutnie nigdzie nie ma. Już nawet zahaczyłam o purytan, że to ciemne kaftany takie, to może od  nich bo oni tacy nie rozrywkowi byli, tylko czerń przywdziewali, no i zwykle jak już ktoś o nich gdzieś pisał to raczej na zasadzie kontrastu, bo oni to raczej z tych umoralniających wszystko i wszystkich...a może jakiś jansenizm, bo to też takie czorne chodziło...kurna...aż widzę tą parę co mi się z mózgu wydobywa...
Po kilku godzinach wpadłam na wspaniały pomysł ! żeby przeczytać bajkę do której zrobiony został obrazek którego tak nie mogę rozkminić, bo może autor w niej zawarł kim waść owy był... (o tego środkowego waścia chodzi)
...hmm...no nie zawarł...ale przynajmniej bajka mi się spodobała, to ją przytoczę :)
 ŻONA UPARTA

Teraz tyle samobójstw, że czyhają straże
nad rzeką. Niech no człowiek się pokaże,
co na afisze nie patrzy
i od korzenników bladszy, 
niedbale utrzewiczony
i źle urękawiczony:
Myślą, że się chce topić;
a więc pełni zgrozy
ratują go od śmierci, a wiodą do kozy.
Taki to jakiś, po Sekwany brzegu,
biegł przeciw wody. Żandarm zatrzymał go w biegu
i urzędownie pyta o powody
tego biegu przeciw wody.
"Nieszczęście! - woła biedak - pomocy! ratunku!
żona mi utonęła, żona, że tak rzekę,
wpadła mi w rzekę".
"O praw hydrauliki nieświadom człowiecze!
szukasz utopionego ciała w złym kierunku.
Ono z góry w dół płynie wedle praw przyrody,
a ty za żoną biegniesz przeciw wody?"
"Bo to ciało - rzekł szukacz - było w życiu dziwne,
zawżdy wszystkiemu przeciwne:
i domyślać się mam pewne powody,
że płynęło z rzeką przeciw wody".

czwartek, 4 listopada 2010

żaba z mozambiku

 
Przybywam ja dzisiaj na basen, wskakuję do tej cholernie zimnej wody i zamiast "dzień dobry" słyszę "pięć razy dziennie sprawdzałem bloga i nie napisała!!!". Winna zatem jestem wyjaśnienia i zaległego posta.
 Rzecz rozchodzi się mianowicie o pewną pieśniczkę, którą Śnięta Ryba wyhaczył był dnia pewnego nudząc się w pracy. Jako że niesłychanie mu się spodobała, zaraz podesłał mi linka, a w basenowy czwartek nawet odśpiewał ! Pieśniczka jest wodna, przynajmniej tak się kojarzy, więc oficjalnie została hymnem basenowym (spoko, wystarczy odśpiewać kawałek pierwszej zwrotki i refrenu) Z uwagi na niewybredny tekst uprasza się nie puszczać tego dzieciom :) Reszta ludzi, z czwartkowego "pływania na dobranoc", raczej nie przyswaja hymnu, więc Śnięta Ryba jest skazany na cotygodniowe solówki, z marnym chórkiem nigdy nie pamiętającym tekstu, w postaci mojej osoby. Generalnie myślę, że reszta pływaków po prostu nas grzecznie ignoruje (chyba, że oziębienie wody basenowej było zabiegiem celowym, mającym nas zmusić do pływania! hmm...to by miało sens...) W każdym razie humor na basenie dopisuje, głównie za sprawą magicznych "ziołowych" tabletek, którymi namiętnie sztacha się Śnięta Ryba (grunt że działają :P). Oczywiście tabletki są na koncentrację i inne tego typu pierdoły, ja jednak twierdzę, że raczej pobudzają drzemiące w człowieku pokłady ADHD. Przynajmniej na Śniętą Rybę działają właśnie tak :P Czyli według popularnego obecnie testu na psychotropy, Śnięta Ryba plasuje się hmm...coś w okolicach Tygryska..? :D



środa, 3 listopada 2010

no magisterkę piszę! nie widać?

Konkretnie jestem w fazie pisania o ciuchach dla panów, pod powabnym tytułem "Kokardy i wstążki-moda męska w XVII wieku" :) Znajdę ja zaraz jakiś obrazek uświadamiający...
O! jest, Ludwiczek XIV we własnej osobie, w spodenkach "rhingrave", lokatej peruce (jego poprzednik łysieć zaczął, to wprowadził nowy akcent do mody), bufiastych kokardkowych rękawkach i bucikach na obcasie (które zresztą sam wymyślił z powodu kompleksu niskiego wzrostu). Potem takie wdzianko przerobiono na justaucorps (ubranko piratów :) tudzież muszkieterów), potem na habit (nie mylić z takim zakonnym), potem na frak, surdut i wreszcie garnitur. Panowie dziękujcie, że się moda na Ludwiku XIV nie zatrzymała! 
No ale halo! ja wcale nie o tym chciałam napisać. Skonstruowałam sobie właśnie flagę Polski na rower !! :) Na pierwszy rzut oka tchnie gadżeciarstwem, ale to tylko taki efekt :P Ale tu historia jest, poniekąd związana właśnie z modą męską... :
Właściwie wkładu do historii ta moda miała tyle, że właśnie sobie o niej pisałam, a że nie specjalnie mnie ten temat porywał, to zaczęłam sobie grzebać przy rowerze, który jak wiadomo zaparkowany mam przy biurku. Odkryłam przy tym (właściwie to żadne odkrycie), że lampka tylna ciągle nadal zamontowana jest zipami do bagażnika, a jest tak już od kiedy mocowanie na nią, spadło mi z balkonu w nicość. Było to chyba jeszcze w wakacje, a ja od tego czasu nawet się nie pofatygowałam żeby te zipy jakoś ładnie przyciąć. Jeżdżę zatem z czymś na kształt antenek wystających w różnych kierunkach z bagażnika. Poruszona wyrzutami sumienia, zaczęłam robić z nimi porządek. Wtedy to do pokoju wlazła Martita i stwierdziła, że na tej jednej zipowej antence to bym sobie mogła coś przyczepić. Flagę!! No i zaczęło się kombinowanie. Nie bardzo było z czego uzyskać kolory, ale z zasobów różnorakich przydasiów wygrzebałam, białą tasiemkę i piórnik z hello kitty. Przy piórniku bowiem, była czerwona tasiemka, co prawda z napisem, ale kto by się tym przejmował, grunt że czerwona!  Po kilku machach igłą i przy pomocy super extra kleju błyskawicznego, powstało takie cudo:
:D nooo to się będę teraz lansować !!! :)
do zobaczenia w trasie :P

czwartek, 28 października 2010

a w dalekich Chinach...

...Brandon mi zamarza!!! 
Gadamy sobie dzisiaj porównując kto w jakim stadium choroby się znajduje. No i tak, wiadomo, zeszło na otaczające nas zewsząd zimno, że w Chinach 9C (ok. godziny 22), a u mnie 8C (ok. godziny 16). Że powoli do nas minusowe wkraczają, więc ogrzewanie się zaczęło, a że rano szron na szybach, no ale potem przynajmniej świeci słońce. A Brandon na to ze smutną minką, że w chińskich akademikach nie ma ogrzewania, bo w Chinach w ogóle nie ma ogrzewania! Bo Chińczycy sobie wymyślili, że (i tu cytuję):"skoro jest zimno przez mniej niż pół roku i temperatura rzadko spada poniżej zera, to mogą nie ogrzewać". Powiedzmy, że od paru lat usiłuję ten fakt przyswoić, za każdym razem jednak trafiam na opór mojego mózgu. Ale Brandon ciągnie dalej: że od trzech dni nie było słońca więc wciąż nie ma ciepłej wody, mimo że się za nią płaci, to występuje wyłącznie w parze ze słońcem.-to Ty masz wodę na słońce?- żartuję sobie- znaczy się jakieś baterie słoneczne- dodaję starając się myśleć logicznie. Po chwili otrzymuję odpowiedź.-na dachach są wielkie zbiorniki na wodę z jakiegoś słońcepochłaniającego aluminium, czy innego badziewia, jak się nagrzeją to jest ciepła woda
-hehe żartujesz- piszę myśląc sobie, że nieźle mnie wkręca-ee... nie żartuję
 

poniedziałek, 25 października 2010

rzeźnia miejska

W sobotę obudziłam się z bólem oka..kurna coś się wbiło...cały dzień usiłowałam tego niewidzialnego cosia wygrzebać, ale ni huhu. Nie było tak mega tragicznie więc kładąc się spać miałam nadzieję, że może jednak samo przejdzie. W niedzielę rano był już tylko jeden tekst: do szpitala z tym!
No to sru, na krakowski SOR. Pierwsza kolejka do rejestracji, spoko jakieś 10 min. Tam podpisałam, że się na wszystko zgadzam i że znam wszystkie regulaminy, których nie znam i z czarodziejską karteczką błądząc w szpitalnych korytarzach dotarłam do pokoju nr10. Kolejny postój. W końcu mnie wpuścili zapytali co jest, dali karteczkę tym razem żółtą (pewnie sami się już w tym gubią) i z dopiskiem "ciało obce w oku" wysłali na okulistykę, która znajduje się gdzieśtam...
Wyszłam kompletnie nie pamiętając wytłumaczonej drogi. Na szczęście miałam przewodnika po krakowskich szpitalach w postaci Rawa, który miesiąc temu odbył podobną wycieczkę ze swoim okiem. Dotarliśmy na okulistykę . Tam kolejka była już znacznie większa i znacznie bardziej poirytowana. Po pół godziny czekania dowiedzieliśmy się, że : "aha! to lekarza jeszcze nie ma...mmm, od kiedy państwo czekają, aa ponad godzinę ...hmmm". No ale "przecież jest niedziela, pewnie tylko jeden lekarz, a nam się i tak nigdzie nie spieszy". Później przyszła pielęgniara i powiedziała że lekarz kogoś tam przygotowuje do operacji i kiedyś do nas przyjdzie, za co zebrała kilka konkretnych zjeb, od tych bardziej poirytowanych, którzy kwitnęli już od 9 (była 11).  Potem nastąpiło dalsze czekanie w ciągu którego kolejka się zmniejszyła, bynajmniej nie dlatego, że wrócił lekarz, tylko dlatego, że wyszli ci poirytowani. W końcu przed 12 przydreptał pan w białym ciągnąc za sobą jakiegoś nadprogramowego pacjenta i zaczęło się leczenie, co nie wpłynęło nijak na zmniejszanie się kolejki. Więc siedzieliśmy dalej. Raw z nudów zrobił sobie autko z nokii i garaż z nogawki usiłując mnie najwyraźniej dobić śmiechem, obok jedno małżeństwo zajęło się oglądaniem filmików ...eh co by to było bez telefonów komórkowych... :) Kolejka minimalnie zaczęła się poruszać, bardziej od końca gdzie dołączali do nas nowi poszkodowani. Koło nas usiadł pan Fred Flinston (tzn. skojarzył mi się z Fredem Flinstonem), po kilku minutach wgapiania się w posadzkę zapytał nas (całkiem serio)czy na podłodze to są ślady krwi?! Hehe odpowiedzieliśmy mu grzecznie, że nie, to nie chirurgia, po protu się płytki wzięły wytarły i stąd krwisty efekt. Panu Fredowi trochę ulżyło, ale dla pewności wstał oglądnął korytarz w całości i skwitował "jak w rzeźni miejskiej! słowo daję jakby kogoś ciągnęli za nogi przez cały korytarz" :) hehe zaczęło się robić ciekawie :) 
 Raw aż zrobił zdjęcie telefonem mówiąc "tak na wszelki wypadek, bo coś czuję, że nowy post będzie " :P

Fred długo nie wytrzymał bez gadania więc zaczął się z nami integrować. Stwierdził, że ławki na których siedzieliśmy zapewne pamiętają Piłsudskiego, że w ogóle nasza służba zdrowia to jakaś komedia, że on czeka tylko żeby to wreszcie sprywatyzowali. Potem zaczął opowiadać jak to w siedemdziesiątym którymś gdzieś na cywilizowanym zachodzie, na wakacjach jakiś wypadek miał syn, a jaaakie tam szpitaalee!!!
Na koniec stwierdził, że przecież my w Krakowie jesteśmy! a jak wiadomo w Krakowie to tylko zabytki i nic nie można unowocześnić bo każda rzecz jest dziedzictwem narodowym i na pewno te ławki nie dość, że są przedstawicielkami stylu międzywojennego wystroju szpitali, to jeszcze pewnie rzeczywiście spoczęły na nich cztery litery szanownego wodza Piłsudskiego ! aż się odruchowo wszyscy rozejrzeliśmy za jakąś tabliczkę pamiątkową. Fred ciągnął dalej: i do cholery w tym mieście nigdy nie będzie dobrze, skoro najważniejsze są zabytki i w sumie to ilekolwiek kasy by wpompowano w służbę zdrowia, to i tak lepiej nie będzie, bo najwyżej pomalują te cholerne ławki, albo naprawią krwistą posadzkę...mam nadzieję, że aparatura chociaż nie jest wpisana na listę krakowskich zabytków. 
I w ten sposób minęła nam trzecia godzina oczekiwania na przyjęcie, aż w końcu mnie wezwano, przeprowadzono szereg badań na każdym możliwym sprzęcie, ciała obcego nie znaleziono, wlano do oka co się dało, zaklejono i z kolejną karteczką wysłano z powrotem na SOR. No po tych całych zabiegach, to można powiedzieć że oko dopiero zaczęło mnie boleć. Pożegnaliśmy się z Fredem i udaliśmy w dalszą wędrówkę. W SORze wcisnęłam się w kolejną kolejkę, po jakimś czasie pielęgniarka wzięła karteczkę, znowu trzeba było czekać...i czekać ...i czekać, aż wróciła z receptą.
Wzięłam ten świstek od niej usiłując przeczytać co nabazgroliła i czy to się zgadza z tym co mi pan lekarz wydrukował na innej kartce. Bo oczywiście recepta w naszym kraju musi być obowiązkowo nabazgrolona i to tak żeby pacjent przypadkiem się nie domyślił co mu zostało przepisane, a jak odczytują to farmaceuci ??? ewidentnie maja na studiach zajęcia z kodykologii!
Przed opuszczeniem szpitala należy jeszcze skserować sobie karteczkę z diagnozą zostawić w recepcji i można śmiało kierować się na podbój apteki. Cała akcja zajęła nam jedyne 4,5 h !!! w moim oku nie wykryto żadnego ciała obcego, ale za to liczne ślady po nim, sprawę umorzono z powodu nie złapania winowajcy i braku odcisków palców. 
Wytaczając się ze szpitala usłyszeliśmy rozmowę telefoniczną jednego chłopaka: "wiesz jakie jest moje największe marzenie??!! żeby te cholerne szpitale wreszcie sprywatyzowali!!!" Poparliśmy postulat pana salwą śmiechu i opuściliśmy w pośpiechu tenże przybytek.
Jakże uroczo spędzona niedziela!

Obserwatorzy