poniedziałek, 1 lutego 2010

na tapczanie siedzi leń...

lenistwo...
wciąga...
jak cholera!
efekt jest taki,
że nie ma żadnego efektu
z całodniowego zajmowania się pierdołami
...
i oczywiście to co miało być na jutro
to już na jutro raczej się nie zdąży stworzyć
natomiast to co na "za tydzień" "za miesiąc"
jest już dokładnie zaplanowane
...
no bo tyle tego jest,że nie wiadomo w co ręce włożyć
więc lepiej to zostawić w spokoju...
i zająć się czymś przyjemniejszym
...
najgorsze wyjście
...
...
żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce...

niedziela, 31 stycznia 2010

rzecz o dziwnych dziwadłach

No bo tak: dziś miało być o dziwnych dziwadłach, co to się pojawiają z nienacka, oraz o przypadkach muzycznych jednowydaniowych. Czyli chciałam napisać o Januszu Radku, zaczęłam sprawdzać czy aby nie mam jakiegoś jego zdjęcia, no bida niestety do publikacji się nie nadaje... a chciałam napisać w związku z pioseneczką, przez którą (a raczej dzięki której) poznałam tego muzyka. Był to jeden z dni, które spędzałam w kwaterze głównej (czyt.: u rodziców), no i nic w tv jak zwykle nie było i mama po kilku kombinacjach z pilotem pozostawiła na wizji dobranockę "Przygody Dudusia Wesołka" , wtedy oszalałam na punkcie piosenki z tej czołówki !!!
A dalej chciałam napisać o drugiej piosence tegoż wykonawcy. Mega kontrastowe to utwory, ale jednak najbardziej przypadły mi do gustu :)
No a potem wygrzebałam zdjęcie małego smoka i tu plan na posta mi się rypnął.
I tu właśnie pojawia się wątek o dziwnych dziwadłach, na które można się natknąć spacerując sobie po mieście.
o dziwności dziwadła świadczy oczywiście jedynie punkt z którego na owo dziwadło patrzymy.
Aczkolwiek czasami mury przemawiają bardziej dosadnie
zakończę już może, piosenką wspaniałą Agnieszki Chrzanowskiej, którą dostałam od Kulawego Joe'go (i w tym miejscu składam dzięki Kulawemu, że mi takie wspaniałości podrzuca nieustannie- pokłon składam :)
ahoj

sobota, 30 stycznia 2010

...Śnieg po kolana, śpik po brodę... a szlaki są dla mięczaków :P
ale od początku:
obudziłam się w piątek bladym świtem z myślą "ja muszę w góry!" więc po pracy spakowałam ciężki sprzęt i pojechałam do rodziców. Oczywiście na wieść, że zamierzam iść w góry i to sama (bo tylko wtedy jest szansa zrobić jakieś sensowne zdjęcia), rodzina podniosła alarm, a moje argumenty mimo iż z hukiem to jednak trafiały w ścianę ...grrr...
Po kilku godzinach stanęło na tym, że mogę iść ale Z KIMŚ ! (jestem zdecydowanie za stara na takie ograniczenia). Obdzwoniłam kumpli, ale wszyscy zabarykadowali się w Krakówku. Już się miałam załamywać, kiedy to Joko wypowiedziała magiczne słowa : "przecież wujek Czary-z-mleka codziennie dla zdrowia robi sobie wycieczkę na pobliską górkę". Dwie minuty później wisiałam ze słuchawką, przekonując żonę wujka Czary-z-mleka, że mi nie odbiło (przynajmniej nie bardziej niż zwykle). Oczywiście jak przypuszczałam z samym zainteresowanym nie było problemu:)
Jako że znlazłam towarzysza, moja tchórzliwa rodzina nie mogła już nic namieszać.
Rańcem wyruszyliśmy w trasę, jak się wkrótce okazało mylenie szlaku okazało się naszą bezkonkurencyjną specjalnością. Góra nie była ani trudna ani wysoka (1111m.n.p.m. cóż to jest!)na dodatek byliśmy na niej dziesiątki razy. I pewnie przez tą naszą pewność, że i tak się wejdzie i jakoś zejdzie, zaczęliśmy regularnie olewać szlaki. Więc czasem było na krechę w górę pod kątem 70, najczęściej od kolan do pół uda w śniegu. Czasem trzeba było nadrabiać, albo robić kółka...ale ciii.... oficjalnie grzecznie sobie szliśmy szlakiem zielonym :P
Było świetnie, zmordowałam się doszczętnie tym 6 godzinnym marszem, ale oczywiście i jak zwykle było warto!
straty:
-złamany monopod (który służył mi właściwie za kijek, najlepsze było, że złamał się właśnie wtedy kiedy miał zgodnie ze swym przeznaczeniem posłużyć jako statyw!)
-aparat został utopiony w zaspie w którą wpadłam "na pysk"
-chyba mi się zawias w nodze poluzował
-utopiłam również trekingi (luz wyjdą z tego)

piątek, 29 stycznia 2010

ciuchy, kostiumy, scenografia...


Ja tam lubię stroje i ludzi którzy się nimi zajmują również :)
Mam tam szereg takich najulubieńszych oczywiście, ale bez przesady, nie sprawdzam filmów na które idę od strony "kto zrobił kostiumy"..co innego jeśli chodzi o muzykę :P
...ale nie o tym, nie o tym...
Dziś tak porzucimy kino na rzecz opery, a i krakowskiej nawet. Sięgam więc do czerwca 2008 roku, kiedy to w Niepołomicach rezydował Baron cygański
Stroje przygotowała pani Barbara Kędzierska ze swoim zespołem. Od strony cygańskiej wyglądało to tak :) :










A ogółem i baletowo wyglądało to tak :

środa, 27 stycznia 2010

John Williams



John Williams, kojarzy mi się nieodłącznie z amerykańskimi superhiperprodukcjami, filmami, które wyrżnęły się mocno w pamięć i to na zawsze. Bo On ma coś takiego w dźwiękach, że od razu gdy słuchasz, myślisz sobie- "to musi być Williams" (to tak jak z Morricone, tyle że sprawa jest ułatwiona, bo jak brzmi westernowato to mało jest opcji poza Morricone:P).
Można powiedzieć, że łatwo jest się dorobić tylu Oscarów, kiedy tworzy się muzykę do filmów, które z góry są spisane na czołówkę światową. Ale przecież nikt sobie nie wyobraża E.T., Gwiezdnych wojen, Szczęk, Supermana, Kevina samego w domu tudzież innych Parków jurajskich i Harrych Potterów, bez muzyki Williamsa. Jak dla mnie to wątpię czy któryś z tych filmów obroniłby się bez dźwięku. Tak, jest coś pompatycznego i doniosłego w jego utworach, dużo orkiestry symfonicznej, odpowiedni klimat, wyczucie, to sprawia, że pomimo wielkiej nienawiści jaką darzę coroczne wznowienia Kevina w TV, muzykę z tego filmu mogę słuchać w kółko:)
Z czym jeszcze kojarzy mi się Williams...? (tak poza Spielbergiem i Lucasem :P)...
ano z życiem pełną parą (z przytupem- jak to mawia Kulawy Joe :D jakkolwiek to w jego ustach brzmi). Pasja, to jest to czym Pan Williams zaraża. Mógłby po prostu przejść na spokojna emeryturę w zacisznym domowym gniazdku, ale olał to bo wiedział, że nie po to żyje.
...w końcu najważniejsze jest to co po nas zostanie...

piątek, 22 stycznia 2010

zonk-zwała


Zaspałam ! moja pierwsza myśl dziś rano, kiedy odkryłam na zegarku godzinę 7
W mig się ubrałam i przeklinając budzik, półprzytomna wparowałam do kuchni. Zdziwiłam się ujrzawszy Martitę siedzącą przy komputerze o tak wczesnej porze. - co ty robisz?- dotarł do mojej zaspanej świadomości przerażony głos Martity.
Jak to co ? lecę do pracy!
-...ale ty lunatykujesz?-nadal wybałuszała na mnie oczy. Próbowałam wysilić mózg żeby przetrawił dochodzące sygnały dźwiękowe i wyłonił jakiś sens... na próżno.
-Martita, idę do pracy, codziennie chodzę do pracy-powoli zaczynała mnie irytować. Co ona tu w ogóle robi, spać nie może? przecież w tej siedzibie to ja najwcześniej wstaję! i jeszcze coś bredzi ...
-ale ...ale jest druga w nocy - powiedziała wyraźnie powoli i bardzo dużymi literami - na pewno nie lunatykujesz?
kilka sekund później do mnie dotarło...
-nie, nie lunatykuję... to się kretynizm nazywa - rzuciłam torbę na krzesło i powlokłam się do łóżka ...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Uwielbiam poniedziałki - historia prawdziwa



Tak, poniedziałek to niewątpliwie wspaniały dzień. Rozplanowany przemyślnie tak aby na wszystko starczyło czasu: zajęcia na uczelni, piwo ze znajomymi, zakupy, rysowanie, piwo, trochę sztuki, a co najważniejsze- kultury ! Mianowicie, poniedziałek ma jedną cechę charakterystyczną- kończy się kinem. Cały tydzień oczywiście trwa ostra nagonka (z mojej strony) wycelowana w niewinny lud, mająca na celu zebranie jak największej liczby osób gotowych pójść na film (gotowych, niegotowych, zwykle nie wiele mają do gadania w tej kwestii :P) ...a no, istnieje jeszcze "mocny środek przyciągający" w postaci paczki żelek :) i tak : ja tam lubie miśki, Bili Krzak dżdżownice(natomiast zero tolerancji dla żelków z gąbką), Brandon, pewnie najlepiej jakby były chińskie, a reszta...reszta jest wszystko żerna. Oczywiście metoda "nie szeleścimy w kinie" zupełnie nie ma prawa bytu, gdyż jeszcze nikomu nie udało się otworzyć paczki żelów bezszelestnie (Kulawy Joe dziś usilnie próbował wydobyć żelki z paki metodą na cichacza, ale tu raczej nie ma mocnych). Zwykle w repertuarze mamy komedio/dramaty czeskie, ale czasami wybieramy się na tzw.: hity, coby choć trochę być na bieżąco.
Sherlock Holmes tym razem.
muzyka Hans Zimmer - rewelacja !
kostiumy - min. Jenny Beavan ! (jak zwykle rewelacja)
... poza tym, film o masonach...no takieee...se
Film nie zburzył mojego obrazu Holmesa z dzieciństwa, bo wytworzył zupełnie nowy. Taki kolejny House bardziej niż stary Holmes (jeśli ktoś cokolwiek z tego zrozumiał).

ahoj

Obserwatorzy